Blog

  • Arctic Paper leci na łeb. Analitycy tną cele, a zarząd ostrzega o walce o przetrwanie

    Arctic Paper leci na łeb. Analitycy tną cele, a zarząd ostrzega o walce o przetrwanie

    Czy to już dna nie ma? Akcje Arctic Paper biją kolejne rekordy spadków, a eksperci z BM PKO BP dopiero co przytnął ich cenę docelową. Kurs spółki pożegnał się właśnie z poziomem 6 zł, wyznaczając nowy kilkuletni dołek. Od początku roku to blisko 30% straty.

    Kolejny cios od analityków

    We wtorek, 2 czerwca, światło dzienne ujrzał najnowszy raport BM PKO BP. Analitycy nie mieli litości. Cenę docelową dla akcji Arctic Paper obniżyli do 6,30 zł, z poprzednich 8,30 zł. Choć utrzymali rekomendację „trzymaj”, to jasno dali do zrozumienia, że trudne czasy nie mijają.

    W naszej ocenie utrudni to wdrożenie zapowiadanych podwyżek cen papieru o 8 – 10 proc. od II kwartału br. Zakładamy, że faktyczne podwyżki wyniosą 4 – 5 proc. w II kwartale oraz ok. 3 proc. w III kwartale i będą służyć głównie ochronie marż – stwierdzili analitycy, w tym Alicja Marcinkiewicz.

    Głównym problemem pozostaje słaby popyt na rynku papieru. Wykorzystanie mocy produkcyjnych w Europie jest na żenująco niskim poziomie 60-65%. Na horyzoncie nie widać oznak poprawy.

    Dlaczego tak źle? Trzy główne bolączki

    Zarówno zarząd spółki, jak i eksperci, wskazują na trzy główne źródła problemów:

    1. Geopolityka i słaby popyt: Konflikt na Bliskim Wschodzie i brak ożywienia popytu w UE, szczególnie w branży poligraficznej, która ogranicza wydatki marketingowe.
    2. Koszty, koszty, koszty: Zawirowania na rynku surowców windują koszty transportu i chemikaliów powiązanych z ropą. Nawet spadek cen szwedzkiego drewna jest niwelowany przez niekorzystne zmiany kursowe.
    3. Nadpodaż i konkurencja: Niska wykorzystanie mocy produkcyjnych w całej Europie uniemożliwia skuteczne przenoszenie wyższych kosztów na klientów.

    Strategia obronna: zacisnąć pasa i przetrwać

    Spółka nie czeka bezczynnie. Zarząd podjął radykalne decyzje. Wydatki inwestycyjne w 2026 roku zostały obcięte o połowę – do maksymalnie 150 mln zł z 300 mln zł rok wcześniej.

    Ale to, co powiedział prezes Michał Jarczyński, zabrzmiało wyjątkowo mocno. Podczas majowej konferencji wynikowej stwierdził, że jeśli grupie uda się zrealizować programy oszczędnościowe, będzie jedną z nielicznych firm branży, które przetrwają.

    Bieżąca sytuacja po zakończeniu pierwszego kwartału br. wciąż jest wymagająca. Spółka nie widzi szybkiej poprawy popytu, a odbudowa marż ma zależeć głównie od podwyżek cen, kontroli kosztów i ograniczenia inwestycji – zauważa Adam Zajler, analityk BM Banku Millennium.

    Co dalej? Czekanie na cud

    W kolejnych kwartałach Arctic Paper będzie działał w trybie defensywnym. Zarząd nie spodziewa się poprawy popytu w najbliższych 3-5 miesiącach. Wszystkie nadzieje pokładane są w skuteczności własnych działań.

    Analitycy z PKO BP są zgodni: nie oczekują istotnej poprawy rentowności w najbliższym czasie. Przy utrzymującej się presji kosztów i braku poprawy otoczenia rynkowego, odbicie jest mało prawdopodobne.

    Inwestorzy muszą się uzbroić w cierpliwość. Spółka walczy o przetrwanie w ekstremalnie trudnych warunkach, a powrót do dawnych poziomów wyceny wydaje się dziś bardzo odległą perspektywą.

  • Rekord świata w Nowej Dębie. Polska armia dostaje gigantyczny zastrzyk z SAFE

    Rekord świata w Nowej Dębie. Polska armia dostaje gigantyczny zastrzyk z SAFE

    Czy można w jeden dzień podpisać kontrakty zbrojeniowe o wartości 78 miliardów złotych? Okazuje się, że tak. Wicepremier i szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz ogłosił to w sobotę w Nowej Dębie na Podkarpaciu, określając wydarzenie jako bezprecedensowe w historii modernizacji polskiej armii.

    „Absolutny rekord świata”

    W ramach programu SAFE podpisano w ciągu kilku dni 62 kontrakty na łączną kwotę 120 miliardów złotych. W samej sobotę podpisano 29 umów wartych 78 mld zł. To właśnie ten dzień szef MON określił mianem absolutnego rekordu świata.

    Nigdy w historii procesu modernizacji polskiej armii, nigdy w historii procesu zakupów sprzętu dla Wojska Polskiego nie było takiego dnia, w którym podpisujemy w jednym czasie, w jednym dniu 29 umów na 78 mld złotych. To jest absolutny rekord świata. To jest dzień, który zmienia rzeczywistość — powiedział Władysław Kosiniak-Kamysz.

    Kluczowy kontrakt, wart ponad 13 miliardów złotych, zawarto z konsorcjum Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Dotyczy on budowy Narodowej Rezerwy Amunicyjnej i dostaw setek tysięcy sztuk pocisków artyleryjskich w kalibrze 155 mm.

    Huta Stalowa Wola na czele

    Ze 120 mld zł zakontraktowanych z polskim przemysłem, ok. połowa trafi do podkarpackiej Huty Stalowej Woli. To właśnie tam podpisano szereg umów w obecności rządowej delegacji, w tym pełnomocniczki rządu ds. SAFE Magdaleny Sobkowiak-Czarneckiej.

    Co dostanie wojsko? Umowy z HSW obejmują m.in.:

    • 146 bojowych wozów piechoty Borsuk – przyszły podstawowy pojazd opancerzony armii.
    • 96 armatohaubic Krab.
    • 64 samobieżne moździerze Rak na podwoziach Rosomaka.
    • 1000 wozów amunicyjnych, dowodzenia i łączności dla wyrzutni rakiet Homar-K.
    • Setki sztuk sprzętu towarzyszącego dla haubic K9PL.
    • Systemy minowania narzutowego Baobab-K oraz wozy dowodzenia 4×4.

    Pieniądze płyną szerokim strumieniem

    Program SAFE to unijna inicjatywa, w ramach której Polska jest największym beneficjentem z pulą 43,7 mld euro. Środki w formie pożyczek mają sfinansować zakupy sprzętu wojskowego.

    Pierwsza zaliczka w wysokości ponad 6 mld euro już trafiła na konto zarządzane przez Bank Gospodarstwa Krajowego. Wszystkie zakontraktowane w pierwszej turze dostawy mają trafić do wojska do 2030 roku.

    Oprócz Huty Stalowa Wola, kontrakty podpisały dziesiątki innych firm. Zakłady Rosomaka dostarczą wozy ewakuacji medycznej i dowodzenia. Bydgoska Belma – systemy minerskie i miny. Grupa WB – setki bezzałogowców i amunicji krążącej Warmate.

    Wojsko wzmocni się też w cyberprzestrzeni (szyfratory i systemy kryptograficzne), dostanie nowe transportery rozpoznawcze Kleszcz, hełmy, kamizelki kuloodporne, a Marynarka Wojenna – dwa nowe okręty hydrograficzne.

    Co dalej z SAFE?

    To dopiero pierwszy etap. W najbliższych miesiącach zaplanowano podpisanie umów z państwami partnerskimi, w tym ze Skandynawią, Grecją i Kanadą. Przedstawiciele MON zapowiadają, że zagraniczne kontrakty będą dotyczyły tylko takiego sprzętu, którego nie da się wyprodukować w Polsce – jak np. powietrzne tankowce.

    Jedno jest pewne: program SAFE uruchamia właśnie potężną machinę inwestycyjną, która na lata zwiąże budżet obronny z polskim przemysłem zbrojeniowym. A wszystko po to, by – jak mówił szef MON – nikt nie był w stanie nam zagrozić.

  • Wycena atomowej przyszłości Polski. Decydujące tygodnie negocjacji z USA

    Wycena atomowej przyszłości Polski. Decydujące tygodnie negocjacji z USA

    Czy czekają nas jeszcze większe opóźnienia w rozwoju energetyki jądrowej? Tej jesieni może dojść do wielkiej próby sił między polskimi negocjatorami a amerykańskimi partnerami. Wszystko przez kluczową umowę, na której podpisanie już teraz nie ma szans.

    Kłopotliwy czerwcowy plan

    Pierwotnie zakładano, że do końca czerwca 2026 r. zostanie podpisana kompleksowa umowa EPC (Engineering, Procurement, Construction) na budowę pierwszej polskiej elektrowni jądrowej w Choczewie. Realia są jednak zupełnie inne.

    „Dziś nie ma żadnych szans na to, by negocjacje w sprawie EPC udało się zamknąć do końca drugiego kwartału tego roku, jak pierwotnie zakładano” – mówi źródło zbliżone do procesu negocjacji z Amerykanami cytowane przez Business Insider Polska.

    Przyczyną jest, jak wskazano, sporo kwestii, w których strony mają rozbieżne stanowiska. Negocjacje są określane jako „bardzo mozolne” i wciąż trwają.

    Plan B: przedłużenie umowy pomostowej

    Co dalej? Zamiast końcowego kontraktu, negocjatorzy planują inne rozwiązanie.

    Jak przekazano, planowane jest przedłużenie obowiązywania obecnej umowy pomostowej (EDA) do końca roku. Ma to dać stronom przestrzeń, by „móc spokojnie negocjować” wszystkie sporne punkty.

    Ale to tylko wstęp do głównego starcia. Jesienią może bowiem dojść do decydującego momentu.

    Jesienna próba sił

    Źródła wskazują, że nadchodzące miesiące będą kluczowe dla kształtu całego projektu.

    „Rozmowy w sprawie umowy na budowę elektrowni w Choczewie idą bardzo mozolnie. Wydaje się, że jesienią będzie próba sił i zobaczymy, kto będzie bardziej asertywny” – mówi źródło zbliżone do Polskich Elektrowni Jądrowych.

    To właśnie jesienią ma się okazać, która ze stron jest gotowa na większe ustępstwa, a która będzie stać twardo przy swoim stanowisku. Wynik tego starcia przesądzi o dalszych losach i tempie realizacji inwestycji.

    Nie tylko pierwsza elektrownia w grze

    Podczas gdy negocjacje z amerykańskim partnerem toczą się powoli, w tle trwają prace nad kolejnym, ogromnym projektem. Mowa o drugiej elektrowni jądrowej w Polsce.

    Dotarto do założeń kluczowego dokumentu, który określa zasady jej budowy. Wiadomo, że w proces ma być zaangażowany państwowy gigant – PGE. Co ciekawe, w grę wchodzą nie tylko Stany Zjednoczone. Jak ujawniono, w sprawie budowy drugiej elektrowni w grze są trzy kraje.

    To pokazuje, że pomimo trudności w negocjacjach dotyczących pierwszej inwestycji, rząd i spółki skarbu państwa nie spuszczają tempa w planowaniu dalszego rozwoju atomowego miksu energetycznego.

    Podsumowanie: atomowy maraton trwa

    Kluczowy kontrakt EPC nie zostanie podpisany w zaplanowanym terminie czerwcowym. Zamiast tego czeka nas przedłużenie umowy pomostowej i jesienna, decydująca runda negocjacji, która zdefiniuje relacje z amerykańskim partnerem. Jednocześnie, równolegle, toczą się prace nad projektem drugiej elektrowni, gdzie PGE ma odgrywać kluczową rolę, a wśród potencjalnych partnerów są aż trzy państwa.

    Jedno jest pewne: droga Polski do energetyki jądrowej okazuje się dłuższa i bardziej wyboista, niż początkowo zakładano. Teraz wszystko zależy od wyniku jesiennej „próby sił”.

  • GUS pokazuje kiepską pogodę dla inwestycji. Tylko jedna branża świętuje

    GUS pokazuje kiepską pogodę dla inwestycji. Tylko jedna branża świętuje

    Czy przedsiębiorcy widzą szansę na rozwój? Według najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego, odpowiedź dla wielu sektorów brzmi: nie. Ale jest jeden wyjątek, który ma się naprawdę dobrze.

    GUS opublikował najświeższe badania koniunktury dla maja, które pokazują bardzo mieszane nastroje w polskiej gospodarce. Tutaj panuje jedna zasada: im bliżej finansów, tym optymizm większy. Im bliżej produkcji, tym chmury gęstsze.

    Przemysł wciąż pod kreską

    Nie ma się co dziwić – przemysł jest przytłoczony kosztami wojny na Bliskim Wschodzie, unijnymi regulacjami Zielonego Ładu, chińską konkurencją i amerykańskimi cłami. Niewyrównany sezonowo wskaźnik koniunktury wyniósł tu -4,1 proc. Mimo że to lekką poprawę względem kwietnia (o 0,3 pkt proc.), sytuacja bieżąca jest oceniana bardzo źle (-6,8 proc.). Prognozy są mniej negatywne, ale daleko im do optymizmu.

    Budownictwo też pozostaje na lekkim minusie (-1,3 proc.), choć pesymizm względem kwietnia wyraźnie się zmniejszył. Firmy budowlane oceniają obecną sytuację na -3,2 proc., ale prognozy są już… pozytywne (+0,6 proc.).

    W naszym eksportowym kole zamachowym, czyli w transporcie, panują również lekko negatywne nastroje (-1,1 proc.). Tutaj jednak wyraźnie poprawiły się prognozy – wskaźnik prognostyczny skoczył o aż 7,7 pkt proc. w górę od kwietnia.

    Na neutralnym poziomie

    Handel detaliczny? Wskaźnik wyszedł na zero. To oznacza spadek rok do roku, ale poprawę względem kwietnia. Prognozy są negatywne (-1,8 proc.), choć diagnoza obecnej sytuacji jest pozytywna (+1,8 proc.).

    Tu panuje dobry klimat

    Dobre nastroje panują w segmencie informacji (media) i komunikacji (telekomunikacja, poczta, kurierzy). Ogólny wskaźnik wynosi +8,1 proc. Tu szczególnie optymistyczna jest ocena sytuacji bieżącej (+15,7 proc.).

    Branża zakwaterowania i gastronomii wychodzi na plus. Ogólny wskaźnik koniunktury wyniósł w maju 14,7 proc., a to najlepszy wynik od czerwca ubiegłego roku. Składowa prognostyczna jest tu szczególnie pozytywna (+21,6 proc.).

    Eldorado trwa w finansach

    Najlepiej wiedzie się jednak branży finansowo-ubezpieczeniowej. Ogólny wskaźnik koniunktury wyniósł w maju 26,6 pkt proc. i był wyższy rok do roku. Szczególnie dobre są oceny teraźniejszości (+46,1 proc.), choć wizja przyszłości jest już nieco mniej optymistyczna (+7,1 proc.).

    Zła pogoda dla inwestycji – tu wszystkie branże są zgodne

    Co do jednego wszystkie branże są zgodne. Klimat do inwestycji się pogorszył. Paradoksem jest, że to właśnie inwestycje mają odpowiadać za tegoroczny wzrost gospodarczy Polski.

    „Firmy nie chcą ryzykować w niepewnej sytuacji gospodarczej.”

    Spadek inwestycji planuje aż 31,9 proc. firm z branży zakwaterowania i gastronomii oraz 30,6 proc. firm przemysłowych. W przemyśle „znaczący” spadek inwestycji będzie w przypadku aż 17,9 proc. przedsiębiorstw.

    Jakie są główne przeszkody? Wysokie koszty realizacji inwestycji wskazało 48,3 proc. firm produkcyjnych i aż 49,9 proc. przedsiębiorstw handlu detalicznego. Niepewną sytuację makroekonomiczną jako barierę wskazało 35,8 proc. firm produkcyjnych.

    Problemy z zatrudnieniem pracowników najbardziej powstrzymują branżę budowlaną przed inwestycjami – wskazało na tę barierę 16,5 proc. firm. Z pozyskaniem finansowania największe problemy ma sektor zakwaterowania i gastronomii (19,1 proc. wskazań) oraz transportowo-magazynowy (18,3 proc.).

    Mimo tych wyzwań, analitycy sugerują, że polska gospodarka pozostaje w dobrym stanie, będąc liderem wzrostu w Europie. Bardzo zdywersyfikowana struktura polskiego przemysłu stabilizuje szoki w poszczególnych branżach. Ale główny problem inwestycji wciąż pozostaje – firmy boją się ryzykować.

  • Zasiłek dla bezrobotnych idzie w górę! Sprawdź, ile dostaniesz od 1 czerwca.

    Zasiłek dla bezrobotnych idzie w górę! Sprawdź, ile dostaniesz od 1 czerwca.

    Czy stać Cię na bycie bezrobotnym? To nieco przewrotne pytanie zyskuje na aktualności, bo od 1 czerwca 2026 roku zmieniają się stawki zasiłku dla osób poszukujących pracy. To coroczna waloryzacja, która ma pomóc w utrzymaniu płynności finansowej w trudnym okresie i zrekompensować rosnące koszty życia.

    Nowe kwoty na start

    Zgodnie z obwieszczeniem Ministra Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, nowe kwoty są już jasno określone. Od czerwca br. zasiłek wyniesie:

    • 1783,90 zł — w okresie pierwszych 90 dni posiadania prawa do świadczenia.
    • 1400,90 zł — w okresie kolejnych dni.

    Ale to nie wszystko! Osoby z długim stażem pracy mogą liczyć na więcej.

    Bonus dla doświadczonych

    Tu jest haczyk, ale w pozytywnym znaczeniu. Jeśli przepracowałeś co najmniej 20 lat, twój zasiłek zostanie podwyższony do 120% standardowej stawki. Oznacza to realny zastrzyk gotówki:

    • 2140,68 zł brutto (około 1948,02 zł netto) przez pierwsze 90 dni.
    • 1681,08 zł brutto (około 1529,78 zł netto) w dalszym okresie.

    Podwyższenie tej podstawowej kwoty pociąga za sobą wzrost wszystkich innych świadczeń, których wysokość jest od niej uzależniona. To dobra wiadomość dla szerszego grona osób.

    Kto ma prawo do zasiłku?

    Nie każda osoba bez pracy automatycznie dostanie wsparcie. Jak wyjaśnia „Gazeta Prawna”, prawo do zasiłku mają osoby zarejestrowane w urzędzie pracy, które spełniają konkretne warunki.

    W ciągu 18 miesięcy przed rejestracją musiały przepracować co najmniej 365 dni z opłacanymi składkami na Fundusz Pracy i zarabiać co najmniej minimalną krajową (w 2026 r. to 4 806 zł).

    Co ważne, świadczenie nie przysługuje osobom zwolnionym dyscyplinarnie lub tym, które odrzucają propozycje pracy bez uzasadnienia.

    Jak długo można pobierać wsparcie?

    Standardowy okres to 180 dni. Jednak w szczególnych przypadkach, takich jak osoby po 50. roku życia z 20-letnim stażem, osoby niepełnosprawne czy samotnie wychowujące dzieci, świadczenie może przysługiwać nawet przez 12 miesięcy.

    Jak to załatwić? Prosto!

    Dobra wiadomość jest taka, że formalności są zminimalizowane. Wniosek o zasiłek nie jest wymagany — wystarczy rejestracja w urzędzie pracy. Urząd automatycznie sprawdzi Twoje prawo do świadczenia i wyda decyzję.

    I pamiętaj, że zasiłek przysługuje nie tylko osobom zatrudnionym na etacie. Mogą się o niego starać także ci, którzy pracowali na umowie zlecenia, agencyjnej lub prowadzili działalność gospodarczą – pod warunkiem opłacania odpowiednich składek.

    Jeśli więc znalazłeś się w trudnej sytuacji zawodowej, nie zwlekaj. Rejestracja w urzędzie pracy to kluczowy krok, który otwiera drogę nie tylko do finansowego wsparcia, ale także do pomocy w znalezieniu nowego zatrudnienia.

  • Czy banki rzeczywiście łupią nas na opłatach? Nowe dane przynoszą zaskakującą odpowiedź

    Czy banki rzeczywiście łupią nas na opłatach? Nowe dane przynoszą zaskakującą odpowiedź

    Czy każda nowa opłata w twoim banku to czysty chciwość, czy może za rekordowymi wynikami kryje się zupełnie inna historia? Najnowsze dane Narodowego Banku Polskiego i Komisji Nadzoru Finansowego przynoszą odpowiedź, która może cię zaskoczyć.

    Rekordowy wynik prowizyjny: 5,27 mld zł w trzy miesiące!

    Wynik z opłat i prowizji polskiego sektora bankowego w pierwszym kwartale 2026 roku wyniósł oszałamiające 5,27 mld zł. To wzrost rok do roku o blisko 7% – i najwyższe tempo od dwóch lat! Co ciekawe, w ujęciu kwartalnym wynik ten poprawił się o 1,4%, mimo że pierwsze trzy miesiące to zwykle słabszy okres.

    Ale to nie wszystko. Dłuższy obraz jest równie imponujący. W całym 2025 roku ta linia biznesowa przyniosła rekordowe 20,3 mld zł, czyli o 3,5% więcej niż rok wcześniej. W porównaniu z 2018 rokiem to skok o zawrotne 65%.

    „To nie efekt podwyżek opłat i prowizji, ale skutek większej liczby transakcji przeprowadzanych przez klientów” – wskazywał podczas konferencji PKO BP, największy bank w Polsce.

    Dwucyfrowe wzrosty w największych bankach

    W niektórych instytucjach dynamika jest naprawdę spektakularna. W mBanku roczny wzrost wyniku prowizyjnego sięgnął 15%, w Pekao było to 13%, w Millennium 12%, a w PKO BP 10%. Spośród ośmiu największych giełdowych banków pogorszenie zanotował jedynie BNP Paribas (o 4%), tłumacząc to głównie spadkiem prowizji kartowych.

    Ale poczekaj, tutaj pojawia się pierwszy haczyk. Pekao we własnym wyjaśnieniu wspomniał również o „pozytywnym efekcie aktualizacji tabeli opłat (efektywna od listopada 2025 r.)”. Nie wszystkie podwyżki są zatem mitem.

    Czy to naprawdę „łupienie klientów”? Spójrzmy na skalę

    Tu dochodzimy do sedna sprawy. Warto odnieść te rekordowe liczby do wielkości całego sektora bankowego. Otóż aktywa branży od 2018 do końca 2025 roku urosły o aż 93%, czyli prawie się podwoiły.

    Gdy weźmiemy pod uwagę relację rocznego wyniku z opłat i prowizji do tych aktywów, obraz się zmienia. Wskaźnik ten wynosił 0,65% w 2018 roku, ale w 2025 roku spadł do 0,55%. Jeszcze wyraźniej widać to w danych o przychodach prowizyjnych do aktywów – tu spadek jest z 0,89% w 2018 do 0,74% w 2025.

    Co to oznacza? Ano to, że w przeliczeniu na skalę działalności banków, klienci wcale nie płacą relatywnie więcej. Wynik prowizyjny stanowi około 15% całkowitych dochodów operacyjnych polskich banków. Dla porównania, najważniejszy wynik odsetkowy (z kredytów i obligacji) zapewnia aż 78% dochodów.

    Skąd więc te miliardy? Winowajcą jest… twoja aktywność

    Banki jednoznacznie wskazują na dwie główne przyczyny wzrostu: większą liczbę transakcji klientów oraz hossę na rynku kapitałowym. PKO BP podkreślał znaczenie opłat z dynamicznie rosnących funduszy inwestycyjnych i działalności maklerskiej. Pekao wymieniał pozytywne efekty dystrybucji obligacji skarbowych, sprzedaży produktów oraz lepsze rezultaty w obszarach prowizji kartowych i kredytowych.

    Przychody prowizyjne to bardzo szeroka kategoria. Zaliczają się do nich opłaty za: udzielanie finansowania, prowadzenie rachunków, transakcje walutowe, przelewy, karty płatnicze, obsługę gotówkową, działalność maklerską, sprzedaż ubezpieczeń czy bankowość korporacyjną.

    A co z inflacją? Dane GUS przynoszą kolejną niespodziankę

    Według Głównego Urzędu Statystycznego inflacja cen usług finansowych jest bardzo podobna do średniego tempa wzrostu indeksu CPI, a ostatnio nawet nieco niższa. W kwietniu 2026 r. ceny te były o 2,8% wyższe niż rok temu, podczas gdy wzrost cen konsumpcyjnych ogółem wyniósł 3,2%.

    Oczywiście, niektóre pozycje drożeją szybciej. W tym samym kwietniu opłaty za przelewy były wyższe o 5,1%, a „pozostałe usługi” podrożały o 6,1%. Jednak ogólny obraz nie wskazuje na masowe, znaczące podnoszenie cen przez banki.

    Cień na świetnych wynikach: zysk netto sektora pikuje w dół

    I tu pojawia się gorzka pigułka. Wbrew rekordom w prowizjach, cały sektor bankowy przeżywa trudności. Zysk netto w okresie styczeń-kwiecień 2026 roku wyniósł 13,22 mld zł, co oznacza spadek o 19,9% rok do roku. Całkowite przychody operacyjne netto spadły o 0,1%.

    Kluczowy problem leży po stronie odsetkowej. Przychody odsetkowe spadły rdr o 10,3%. Na szczęście dla banków, koszty odsetkowe spadły jeszcze bardziej – o 21,9%. Z drugiej strony, koszty administracyjne wzrosły o 7,1%.

    Warto dodać, że przychody z tytułu opłat i prowizji za cztery miesiące 2026 roku są wyższe o 5,9%, przy wzroście kosztów z tego tytułu o 4,2%.

    Podsumowanie: Mit czy rzeczywistość?

    Rekordowe wpływy z opłat to fakt. Ale czy to dowód na „łupienie” klientów? Dane sugerują coś innego. Wzrost wynika głównie z większej aktywności klientów i rynku kapitałowego, a nie z drastycznych podwyżek. W relacji do ogromnie powiększonych aktywów sektora, obciążenie klientów tymi opłatami nawet nieco spadło.

    Prawdziwym zmartwieniem banków jest co innego – topniejące zyski odsetkowe, które stanowią serce ich biznesu. W tym kontekście zdrowa linia prowizyjna to dla nich nie kaprys, ale element stabilności. Czy to usprawiedliwia każdą nową opłatę? To już musisz ocenić sam, patrząc na swój własny rachunek.

  • Era Ormuzu się kończy? Pierwszy taki rurociąg omija strategiczną cieśninę

    Era Ormuzu się kończy? Pierwszy taki rurociąg omija strategiczną cieśninę

    Co zrobić, gdy jeden strategiczny wąwóz blokuje kluczowe dostawy dla światowej gospodarki? Zbudować własną trasę, a nawet dwie. Właśnie to robią kraje Zatoki Perskiej, reagując na blokadę cieśniny Ormuz przez Iran.

    Zjednoczone Emiraty Arabskie zapowiadają budowę zupełnie nowego typu infrastruktury. Chodzi o pierwszy wieloproduktowy rurociąg naftowy, który ma umożliwić eksport benzyny, oleju napędowego i paliwa lotniczego z ominięciem Ormuz – donosi „Financial Times”. To nie jedyny projekt, który ma zapewnić niezależność.

    Rurociąg, który zmienia układ sił

    „Obecnie zbyt duża część światowej energii wciąż przepływa przez zbyt małą liczbę wąskich gardeł” – podkreśla Sultan Ahmed Al Jaber, prezes Abu Dhabi National Oil Company (Adnoc). To właśnie ta świadomość napędza ogromne inwestycje.

    Nowy rurociąg wieloproduktowy to odpowiedź na ryzyko długotrwałego kryzysu. Philippe Khoury, wiceprezes ds. handlu w Adnoc, mówi wprost: poświęcamy dużo czasu na sprawdzenie, jak możemy wzmocnić nasze kanały dostaw, aby nadal efektywnie obsługiwać klientów, nawet jeśli kryzys się przedłuży.

    Ale to nie wszystko. W tle już powstaje kolejne gigantyczne przedsięwzięcie.

    Podwójna moc przez Fudżajrę

    ZEA są już na półmetku budowy drugiego rurociągu naftowego, który również ma ominąć Ormuz. Projekt, którego budowę przyspieszono z powodu wojny z Iranem, ma zostać uruchomiony w 2027 roku. Jego zadaniem jest podwojenie przepustowości eksportowej Adnoc przez port w Fudżajrze, położony w Zatoce Omańskiej, tuż za strategiczną cieśniną.

    To nie są deklaracje w próżni. ZEA już teraz korzystają z istniejącego rurociągu do Fudżajry, którego maksymalna przepustowość wynosi 1,8 mln baryłek dziennie. To właśnie przez niego przekierowano część eksportu ropy po marcowej blokadzie Ormuz przez Iran.

    Co stracił świat przez zamknięcie Ormuz?

    Skala problemu jest ogromna. Prezes Al Jaber nie pozostawia złudzeń: blokada Ormuz spowodowała najpoważniejsze zakłócenia w dostawach energii w historii. Z powodu zamknięcia cieśniny utracono już ponad miliard baryłek ropy, a co tydzień jej zamknięcia oznacza stratę kolejnych prawie 100 mln baryłek.

    Powrót do normalności będzie długi. Nawet jeśli konflikt zakończyłby się natychmiast, odtworzenie 80% normalnego poziomu dostaw zajęłoby co najmniej cztery miesiące. Pełna normalizacja jest możliwa dopiero w pierwszym lub drugim kwartale 2027 roku.

    Arabia Saudyjska też idzie swoją drogą

    Zjednoczone Emiraty Arabskie nie są osamotnione w dążeniu do uniezależnienia się od Ormuz. Również Arabia Saudyjska omija cieśninę, wysyłając swoją ropę rurociągiem do portu na Morzu Czerwonym. To część szerszego trendu w regionie.

    Właśnie ten trend zauważają najwyższe władze USA. Sekretarz energii USA Chris Wright w rozmowie z CNBC stwierdził jasno: znaczenie cieśniny Ormuz dla globalnego rynku energii spadnie po wojnie z Iranem, ponieważ kraje Zatoki Perskiej budują kolejne rurociągi, aby ją ominąć.

    „To karta, którą można zagrać raz” – powiedział Wright o blokadzie cieśniny przez Iran. „Będą inne drogi dla energii z Zatoki Perskiej”.

    Jego zdaniem, będziemy świadkami spadku strategicznego znaczenia samej cieśniny, ale nie spadku znaczenia produkcji i dostaw energii przez kraje regionu.

    Nie tylko ekonomia, ale i precedens

    Dla prezesa Al Jabera sprawa ma głębszy wymiar. „To nie jest tylko problem ekonomiczny” – mówi. „W rzeczywistości stanowi to niebezpieczny precedens, skoro tylko zaakceptujemy fakt, że jeden kraj może trzymać najważniejszy szlak wodny świata w niewoli”.

    Właśnie dlatego inwestycje w alternatywne trasy są czymś więcej niż tylko zabezpieczeniem logistycznym. To strategiczny ruch, który ma na zawsze zmienić mapę światowych szlaków energii, zmniejszając zależność od pojedynczego, niestabilnego punktu na mapie.

    Źródło: Business Insider Polska, CNBC, Financial Times

  • Będziemy korzystać z AI, a nie ona z nas. Premier zapowiada gigantyczny program dla polskich szkół

    Będziemy korzystać z AI, a nie ona z nas. Premier zapowiada gigantyczny program dla polskich szkół

    Czy przyszłość polskiej gospodarki rysuje się tylko w czarnych barwach przez sztuczną inteligencję? Premier Donald Tusk podczas Europejskiego Kongresu Finansowego w Sopocie postawił sprawę jasno: pora przestać się bać i zacząć działać. I to na ogromną skalę.

    Od alarmistów do współtwórców

    Podczas swojego wystąpienia szef rządu wskazał, że wraz z rozwojem nowych technologii pojawiają się obawy o bezpieczeństwo, rynek pracy, zdrowie psychiczne czy szeroko rozumianą suwerenność. W jego ocenie fakty nie są jednak aż tak pesymistyczne, a przewidywania nie powinny być tak alarmistyczne.

    „Nie powinniśmy zamieniać się w współczesnych luddystów, którzy traktują nowe technologie jako zagrożenie dla swojej egzystencji. Nie powinniśmy też bezkrytycznie wierzyć prognozom mówiącym, że sztuczna inteligencja przejmie kontrolę nad światem lub całkowicie wyprze człowieka z rynku pracy” – tłumaczył Donald Tusk.

    Kluczowe, jego zdaniem, jest budowanie poczucia kontroli i świadomości, że to ludzie powinni wykorzystywać sztuczną inteligencję, a nie odwrotnie.

    Gigantyczna inwestycja w młodych talentów

    Tu dochodzimy do kluczowego ogłoszenia. Premier poinformował o decyzji, która ma zmienić polską edukację.

    „Podjęliśmy decyzję o przeznaczeniu blisko 2 mld zł ze środków głównie europejskich na projekt „Laboratoria sztucznej inteligencji”, który trafi do szkół podstawowych i ponadpodstawowych w całym kraju” – mówił szef rządu.

    Ile szkół to obejmie? Mowa o 8 tysiącach szkół podstawowych i 4 tysiącach szkół ponadpodstawowych. Dostawy specjalistycznego sprzętu już się rozpoczęły i mają zakończyć się w drugiej połowie lipca. Placówki były wytypowane tak, aby były proporcjonalnie geograficznie rozproszone po całej Polsce.

    Co znajdzie się w takim laboratorium? Jego wyposażenie będzie obejmować: laptop, jednostkę centralną usług AI, urządzenie sieciowe i inne niezbędne elementy. Celem jest, aby dzieci rzeczywiście miały poczucie, że te zaawansowane narzędzia są w ich zasięgu.

    Walka o suwerenność technologiczną

    To nie jest jedyna inicjatywa rządu. Premier zapowiedział również, że państwo będzie aktywnie budować suwerenność technologiczną.

    „Chodzi też o to, aby nie być uzależnionym od wąskiej grupy dostawców czy jednego dostawcy. (…) to, co możemy zrobić i będziemy robić, to budowanie suwerenności technologicznej w taki sposób, aby mieć przynajmniej możliwość wyboru pomiędzy różnymi konkurującymi podmiotami” – oświadczył Tusk. Dodał, że taką drogę obrały już Francja, Dania i Niemcy.

    Dlaczego to tak ważne? Szef rządu przyznał, że rozwój nowoczesnych technologii może stanowić potężne wyzwanie dla państwa, „uzależniając na rynku cyfrowym Polskę od firm globalnych albo największych potęg światowych”.

    Statystyki są wymowne: w 2025 r. deficyt Polski w handlu produktami cyfrowymi wyniósł 45 mld zł, podczas gdy w 2016 r. wynosił 9 mld zł.

    Test suwerenności dla państwowych zakupów

    Aby te cele realizować, rząd wprowadzi konkretne mechanizmy kontroli.

    „Będziemy testować wszystkie projekty, które byśmy kupowali albo współfinansowali, pod kątem ewentualnego zagrożenia zależności, na ile dany projekt zostawia państwu polskiemu kontrolę nad własnymi systemami i danymi” – zapowiedział premier.

    Mowa o tzw. teście suwerenności dla dużych zakupów technologicznych państwa. Dotyczyć on będzie projektów o wartości powyżej 5 mln zł (15 mln zł w przypadku inwestycji infrastrukturalnych).

    Końcowy przekaz premiera jest jasny: zamiast bezradnie obserwować rozwój technologii, Polska ma być aktywnym współtwórcą tej rzeczywistości. A fundamentem tej strategii są właśnie młodzi ludzie, którzy już za kilka lat będą mogli kształtować cyfrową przyszłość kraju, mając za sobą praktyczne doświadczenie zdobyte w szkolnych laboratoriach.

  • Młodzi Polacy przeciwko biegowi szczurów. Awans nie jest priorytetem, ale AI już tak

    Młodzi Polacy przeciwko biegowi szczurów. Awans nie jest priorytetem, ale AI już tak

    Czy można chcieć robić karierę, ale jednocześnie nie gonić za awansem i krzywić się na sztuczną inteligencję? Ostatni raport Deloitte pokazuje, że dla młodych Polaków to nie sprzeczność, a nowy model sukcesu zawodowego. Oto jak pokolenia Z i millenialsi z Polski radykalnie zmieniają reguły gry na rynku pracy, stawiając na pierwszym miejscu zupełnie inne wartości niż ich globalni rówieśnicy.

    Finansowy realpolityk wstrzymuje życiowe plany

    Zanim zaczniemy mówić o karierze, trzeba spojrzeć na twarde liczby. Ponad połowa młodych Polaków opóźnia takie kroki jak zakup mieszkania, założenie rodziny czy dalsza edukacja. Powód? Pieniądze. W Polsce taką sytuację finansową przyznaje 55% zetek i 52% millenialsów.

    Koszt życia to dla nich największa obawa – wskazuje go 32% pokolenia Z i 39% millenialsów. Problem z dostępnością mieszkań jest szczególnie widoczny: zakup własnego M pozostaje poza zasięgiem 59% „zetek” i 52% millenialsów w Polsce. To więcej niż globalna średnia, która wynosi odpowiednio 51% i 40%. Co więcej, aż 71% zetek i 52% millenialsów przyznaje, że dostępność mieszkań wpływa bezpośrednio na ich decyzje zawodowe.

    Koszty życia, ceny mieszkań czy wydatki na dojazdy przekładają się na gotowość młodych do zmiany pracy i podejmowania długoterminowych zobowiązań zawodowych. Pracodawcy muszą myśleć nie tylko o konkurencyjnym wynagrodzeniu, ale także o elastyczności i benefitach odpowiadających na wyzwania finansowe – komentuje Monika Matysiak-Szymańska, partnerka w dziale Advisory Deloitte Polska.

    Awans? Tak, ale bez pośpiechu i bez przeciążenia

    Polscy millenialsi i zetki definiują sukces zupełnie inaczej. Tylko 30% generacji Z i 22% millenialsów w Polsce preferuje szybki rozwój kariery. Zamiast tego, 36% wybiera stopniowe zdobywanie doświadczenia. Priorytetem staje się work-life balance i stabilność, a nie częste zmiany ról.

    Co ze stanowiskami kierowniczymi? Tutaj też panuje umiarkowany entuzjazm. Jedynie 4% polskich respondentów uznaje awans na menedżera za główny cel zawodowy. Ale nie znaczy to, że młodzi nie chcą być liderami. Wręcz przeciwnie – 68% zetek i 59% millenialsów chciałoby w przyszłości objąć stanowiska kierownicze, choć globalnie te odsetki są jeszcze wyższe.

    Młodzi chcą łączyć stanowiska liderskie z życiem osobistym. Elastyczność, jasna ścieżka rozwoju i poczucie, że leadership nie oznacza przeciążenia, są dla nich kluczowe – mówi Monika Stołowska, dyrektorka HR Deloitte w Polsce.

    Miłość-hate relationship ze sztuczną inteligencją

    Tu robi się jeszcze ciekawiej. Młodzi Polacy chętnie korzystają z AI – już 58% pokolenia Z i 57% millenialsów w Polsce używa narzędzi opartych na sztucznej inteligencji. To trochę mniej niż globalna średnia, która sięga 74%. Sztuczna inteligencja przestaje być dla nich tylko narzędziem do zwiększania produktywności. Coraz częściej wspiera rozwój zawodowy i planowanie kariery. 68% zetek i 73% millenialsów wykorzystuje AI do szukania nowych ścieżek rozwoju.

    Ale jest jedno wielkie „ale”. Jednocześnie rośnie sceptycyzm wobec gotowości firm na tę zmianę. Co trzeci młody pracownik uważa, że organizacje nie nadążają za tempem transformacji technologicznej i nie są przygotowane do pełnego wykorzystania potencjału AI.

    Ten sceptycym jest na tyle głęboki, że obserwujemy go nawet wśród świeżych absolwentów. Business Insider zauważa, że choć oni sami używają AI każdego dnia, to za każdym razem, gdy ktoś o niej wspomni w kontekście szans, krzywią się z niesmakiem. Podczas ostatnich uroczystości absolutoryjnych za oceanem, gdy przemawiający mówili o tym, jak „AI otwiera przed nimi nowe możliwości”, reakcją absolwentów nie były wiwaty, tylko… zwyczajne buczenie.

    Przeciążenie cyfrowe i niedostateczne wsparcie ze strony pracodawców to wyzwania, z którymi firmy będą musiały się zmierzyć, by w pełni wykorzystać potencjał AI – zauważa Jan Michalski, partner i lider GenAI w Europie Środkowej w Deloitte.

    Firmy w pułapce pokoleniowej zmiany wiedzy

    Zmiany pokoleniowe wymuszają na firmach nie tylko pozyskiwanie nowych talentów, ale także skuteczny transfer wiedzy. To może być kluczowe wyzwanie najbliższych lat. Dlaczego?

    Bo młodzi pracownicy mają wątpliwości co do odporności swoich zespołów. Tylko 57% zetek i 60% millenialsów w Polsce wierzy, że ich zespoły poradziłyby sobie po odejściu kluczowych ekspertów. Wysoka rotacja, brak czasu i niewystarczające mechanizmy przekazywania wiedzy to główne bariery.

    Wiele firm nie jest przygotowanych na utratę kluczowych kompetencji. Skuteczny transfer wiedzy będzie jednym z najważniejszych wyzwań najbliższych lat – podsumowuje Monika Stołowska.

    Podsumowując, młodzi Polacy wchodzą na rynek pracy z nowym zestawem priorytetów. Nie ścigają się o awanse, ale nie rezygnują z ambicji liderowania. Korzystają z AI, ale nie wierzą, że firmy nadążają za tą technologią. I przede wszystkim – stawiają finansową i życiową stabilność nad szybki rozwój kariery. To wyzwanie dla pracodawców, ale też wyraźny sygnał, że reguły gry się zmieniły.

  • EBC ma już dość. Podwyżka stóp procentowych w czerwcu prawie pewna!

    EBC ma już dość. Podwyżka stóp procentowych w czerwcu prawie pewna!

    Inflacja wymyka się spod kontroli, a ceny energii ciągną w górę wszystko inne. Czy to koniec ery taniego pieniądza w Europie? Wszystko wskazuje na to, że tak – kluczowi decydenci Europejskiego Banku Centralnego wysyłają bowiem zdecydowane sygnały, że w czerwcu musimy spodziewać się podwyżki stóp procentowych.

    Kurs euro rośnie. Rynek już gra podwyżką

    Inwestorzy nie czekają na oficjalne komunikaty. Kurs euro już zyskuje na wartości po jastrzębich sygnałach płynących z EBC. Rynek niemal w pełni wycenia podwyżkę o 25 punktów bazowych podczas posiedzenia 11 czerwca. Część inwestorów spodziewa się nawet, że będzie to początek serii ruchów.

    Ale to nie tylko spekulacje. O podwyżce w czerwcu otwarcie mówi członkini zarządu EBC Isabel Schnabel, uznawana za jedną z najbardziej restrykcyjnie nastawionych osób w radzie.

    Biorąc pod uwagę skalę i trwałość obecnego szoku, ignorowanie go nie jest już według mnie możliwe. Z dzisiejszej perspektywy uważam, że podwyżka stóp w czerwcu będzie konieczna

    Schnebel w rozmowie z agencją Reuters podkreśliła, że taka decyzja jest konieczna niezależnie od sytuacji geopolitycznej – nawet gdyby konflikt się zakończył. Jej zdaniem szkody wyrządzone infrastrukturze energetycznej i globalnym łańcuchom dostaw są zbyt głębokie.

    Co takiego spłatało bankierów? Inflacja bije w cel!

    Głównym motorem jest oczywiście inflacja, która wymknęła się spod kontroli. Najnowsze dane Eurostatu są druzgocące. Inflacja w strefie euro wzrosła w maju do 3,2% z 3,0% w kwietniu. To pierwszy raz od 2023 roku, gdy wskaźnik przekroczył próg 3%.

    To jednak nie wszystko. Bankierów centralnych budzi niepokój inflacja bazowa (HICP), która nie uwzględnia cen energii i żywności. Ten wskaźnik również wzrósł – do 2,5% z 2,2% miesiąc wcześniej. To kluczowy sygnał, że droga energia infekuje całą gospodarkę.

    • Inflacja w sektorze energetycznym: 10,9%
    • Wzrost cen usług: 3,5%

    Decydenci EBC boją się tzw. efektów drugiej rundy, czyli sytuacji, w której rosnące koszty energii prowadzą do wzrostu cen innych towarów i usług, a w konsekwencji mogą uruchomić spiralę płacowo-cenową.

    Nie tylko Schnabel. Kto jeszcze opowiada się za ostrzejszą polityką?

    Podkładką pod czerwcową decyzję mają być nowe projekcje makroekonomiczne EBC, w których – w powszechnym przekonaniu – bank podwyższy prognozy przyszłej inflacji. Nawet szefowa EBC Christine Lagarde sugerowała, że przewidywania inflacji na poziomie 2,6% w tym roku prawdopodobnie zostaną zrewidowane w górę.

    Inni przedstawiciele banku również nie pozostawiają złudzeń. Litewski bankier centralny Gediminas Šimkus ocenił, że druga podwyżka stóp po czerwcu „jest bardziej prawdopodobna niż nie”.

    EBC jest w punkcie, w którym dalsze zwlekanie z zacieśnianiem polityki pieniężnej nie jest już możliwe ze względu na skutki kryzysu energetycznego. Dotychczasowe, optymistyczne scenariusze szybkiej normalizacji cen surowców się nie spełniły.

    To nie początek cyklu? Dlaczego ten kryzys jest inny

    Choć podwyżka w czerwcu wydaje się pewna, nie wszyscy wierzą, że to początek długiej serii. Członek zarządu EBC Philip R. Lane wskazuje, że obecny szok energetyczny ma inny charakter niż ten z 2022 roku. Jest przede wszystkim podażowy, a warunki dla silnego popytu w Europie nie są obecnie tak sprzyjające jak po pandemii.

    Podkreśla również inną istotną różnicę: w 2022 roku bank zaczynał podwyżki od stóp poniżej zera. Dziś główna stopa referencyjna EBC wynosi 2%. To zupełnie inny punkt wyjścia.

    Decyzje o ewentualnych kolejnych ruchach, jak mantra powtarzają przedstawiciele banku, będą zależeć od napływających danych. Czerwcowa podwyżka może być więc dostosowaniem incydentalnym, a nie sygnałem początku agresywnego cyklu.

    Co z gospodarką? Euro słabnie, ale euro mocniejsze

    Perspektywy gospodarcze dla strefy euro są coraz bardziej wymagające. Wskaźniki koniunktury, jak badania PMI, wskazują na narastającą presję. Europa jako importer netto energii szczególnie mocno odczuwa skutki wzrostu cen surowców.

    Mimo to, sam kurs euro może odnieść korzyści. Jeśli napięcia geopolityczne na Bliskim Wschodzie ulegną złagodzeniu, może to osłabić dolara amerykańskiego, który pełni rolę bezpiecznej przystani. W takim środowisku kurs EUR/USD mógłby według niektórych analiz wrócić powyżej poziomu 1,18 dolara.

    Jedno jest pewne. Era niezmiennych, niskich stóp procentowych w strefie euro właśnie dobiega końca. EBC nie ma już komfortu czekania. Inflacja bije w cel, a bank musi zareagować. Pierwszy krok nastąpi prawdopodobnie już za kilka dni.